czwartek, 5 czerwca 2014

rozdział sześćdziesiąty szósty

.:Shannon:.
Kolejny dzień spędzony w mieście, w którym wszystko się zaczęło… i skończyło. Pisząc durnego smsa myślałem, że zgodzi się na choćby jedno spotkanie, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem co chciałem tym osiągnąć. Maiłem świadomość tego, że ona do mnie nie wróci, ale nie mogłem znieść emocji, które władały mną od dłuższego czasu. To, jak wyjechała nie dając mi niczego wyjaśnić cały czas mnie dręczyło chociaż wiedziałem, że nawet gdybym wszystko wytłumaczył, ona i tak zostałaby przy swoim z absolutną racją.

Minął ponad rok, a ja dalej nie potrafię sobie tego wybaczyć chyba nigdy mi się to nie uda. Nawet nie umiem opisać tego, co czułem, kiedy zobaczyłem MOJĄ Alex w kancelarii, kiedy reprezentowała tych złamasów z EMI. Ze wszystkich osób na świecie to musiała być akurat ona. To było jak potężny cios we wszystkie nasze wspólne wspomnienia. Przecież przez tą aferę nie mogłem kupić jej najlepszego pierścionka, przez co czułem się jak ofiara potwierdzając tylko swoją teorię, że nie zasług(uję)iwałem na Alex. Jednak kiedy za każdym razem pomyślałem o tym, że to właśnie ona odbiera nam naszą przyszłość, marzenia i ogromne pieniądze czułem do niej żal. Znała Jareda i Tomo prawie tak dobrze jak ja, byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi, cholera, przecież bywała nawet na naszych koncertach! A teraz tak po prostu stoi przeciwko nam z tymi swoimi pozakreślanymi umowami i innymi aneksami, których nie rozumiem. Pierwszy raz poczułem, że to ja zostałem zdradzony.

.:Alex:.
Zdecydowałam i wiem, że to dobra decyzja. Boje się tego, jak zareaguje chociaż w głębi serca wiem, że cała trójka będzie mi wdzięczna. Nie jestem jedynie pewna sposobu, jaki wybrałam. Wiem, że rozmowa telefoniczna i błahy sms nie są dobrym pomysłem, więc zostaje mi tylko jedno: spotkanie. Boje się tego, bo całkowicie nie jestem pewna swojej reakcji na tego człowieka. Chciałabym powiedzieć, że wyleczyłam się już z uczuć do niego, ale każda komórka mojego ciała wie, że to nieprawda. Nie wiem, czy na widok zapadniętych oczu i policzków nie zacznę płakać, a może w ogromnej chwili słabości rzucę się w jego ramiona, niszcząc wszystko to, co budowałam przez ponad rok? Jednak to był jedyny sposób, czuję, że jestem im to winna.

Od kilku minut siedzę w zgaszonym, ciemnym samochodzie na parkingu jednego z lepszych hoteli w Nowym Yorku, chociaż każdy z nich był niezwykle drogi i prestiżowy. Jutro odbędzie się ostatnia rozprawa w sprawie złamania umowy przez zespół i sędzia wreszcie wyda ostateczny wyrok. Biorę głęboki oddech i powoli wysiadam z auta. Uda mi się- powtarzałam w drodze przez duży, jasny holl. W takich chwilach jak tamta jeszcze bardziej doceniałam swój zawód. Wystarczyło, że pokazałam w recepcji wizytówkę i od razu kierują mnie do pokoju Shannona. Kiedy windą mijam kolejne piętra, zbliżając się do tego właściwego wyrzucam sobie w myślach, że równie dobrze mogłabym poprosić Jareda, Emmę albo Tomo o tą krótką rozmowę, jednak nie będę się oszukiwać- chcę się z nim zobaczyć. Wiem, że to cholernie ryzykowne, ale nic nie poradzę na to, że wciąż coś do niego czuję. Nie wiem nawet czy to coś pozytywnego czy zupełnie przeciwnie, jednak owa rzecz każe mi w końcu zapukać do drzwi. Czekam zaledwie kilka chwil, jednak na moim czole zdążyła pojawić się kropelka potu. Wypuszczam powoli ciężkie powietrze, które od dłuższego czasu zalega w moich płucach niczym kamienie i już mam nadzieję, że go nie zastałam, kiedy drzwi lekko się uchylają. Widzę go, znów. Zwariowałam, znów.

.:Shannon:.
Nie wierzę w to co widzę, a przecież zapas alkoholu na dzisiejszą noc jest jeszcze nietknięty. To ona, stoi przed moim pokojem, perfekcyjna jak zawsze. Wygląda obłędnie w długiej, ciemnej kurtce i z każdym szczegółem, który nie jest dla mnie teraz ważny. Podoba mi się nawet ta długa kitka prostych włosów, która zwisa od góry jej głowy. Przypomina mi obraz Alex- zimnej prokurator, która swoimi słowami zapewnia sędziego i ławę przysięgłych o naszej winie i pozbawia nas wszystkiego. Stoimy tak kilka chwil, żadne z nas nie mówi nawet słowa. Pomimo tego, że jej wzrok nie wyraża żadnych emocji zauważam malutką kropelkę potu na jej czole- pojawia się zawsze, kiedy się denerwuje, pamiętam. Chciałbym coś powiedzieć, zrobić, ale nie mogę.
-Zrezygnowałam – słyszę jej głos, który jest zupełnie inny od tego, jakim witała mnie każdego ranka z uśmiechem na twarzy. Ile bym dał, żeby przeżyć to choćby jeszcze jeden raz. Po kilku sekundach chyba dostrzega moje zdziwienie na twarzy i dodaje: -Oddałam tą sprawę, już jej nie prowadzę, nie mogę. – Kończy cicho, głośno przełykając ślinę. Alex spogląda na nerwowo plecione przez siebie dłonie a ja znów myślę o tym jak wiele straciłem, pozwalając jej odejść. Wiem, że to ona dawała mi szczęście. Prawdziwe poczucie szczęścia, nie adrenalina którą czułem przed każdym koncertem, która błędnie zastępowała mi definicję tego słowa. To Alex każdym słowem czy uśmiechem sprawiała, że czułem się dobrze z samym sobą. Otrząsam się po chwili, nie chcąc kolejny raz wprawiać się w okropne poczucie straty, które czuję każdego dnia poprzez cholerną pustkę.
-Dziękuję… za całą naszą trójkę – mówię, czekając na jej spojrzenie. Mam ochotę unieść jej głowę tak, jak robiłem to kiedyś za pomocą jednego czy dwóch palców podpierając jej brodę, chociaż wiem, że nie mam do tego prawa. Kiedy o tym myślę, ona obdarza mnie niepewnym spojrzeniem.
-Po prostu nie mogłam. Za wiele nas łączyło. – Poczułem, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. A to tylko dlatego, że użyła formy przeszłej- łączyło.
-Przepraszam, pewnie masz przez to wiele problemów i…
-Są inne kancelarie. – Przerywa mi i jestem jej za to wdzięczny, bo jestem okropny w przepraszaniu. –Dam jakoś radę. – Przełykam głośno ślinę i odpowiadam zgodnie z prawdą:
-Wiem. Zawsze sobie radzisz. – Odkąd pamiętam właśnie tak było. Nie prosiła innych o pomoc, nie chciała się narzucać. Rozwiązywała swoje problemy licząc tylko na siebie, chociaż dookoła otaczali ją ludzie, którzy byli gotowi pomóc jej w każdej chwili.

.:Alex:.
Znów nastała niezręczna cisza, co było jedynie znakiem, że nasza rozmowa powinna się już skończyć. Jednak ja nie chcę odchodzić, wiem, że prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę. Ale muszę być twarda, nie mogę pozwolić sobie na kolejne upokorzenie z jego strony.
-Alex ja… - zaczyna, jednak przerywam mu w połowie zdania.
-Nie czuj się zobowiązany do rozmowy. Przyszłam powiedzieć Ci o swojej rezygnacji, to tyle. – suka- rzucam sama do siebie. Shannon spuszcza wzrok i znów trwamy w niezręcznej ciszy. Próbuję dostrzec wyraz jego twarzy, jednak nie jest to proste. Pomimo moich starań widzę rzeczy, które wypierałam. On naprawdę wygląda źle. Oczy są zapadnięte, dookoła widać lekkie napuchnięcie, do tego w momentach kiedy na mnie patrzy widzę przekrwienie, które nie informuje mnie o niczym dobrym. Nienawidzę siebie bo wiem, że to moja wina. Nienawidzę jego, bo on mnie do tego zmusił.
-Wiesz, że Cię szukałem, prawda? – zaczyna cicho, a ja wiem, że to moja najtrudniejsza rozmowa w ciągu ostatniego roku. – Dzwoniłem do każdego, u kogo mogłabyś się zatrzymać, pojechałem do Richmond, ale tam też Cię nie było. Jonni wyrzucała mnie z domu setki razy, Kail robił to samo. Nikt nie chciał mnie do Ciebie dopuścić.
-To prawdziwi przyjaciele, chcą dla mnie jak najlepiej – mówię cicho, czując jak palące łzy cisną mi się do oczu. Nie wierzę, że to powiedziałam. Widzę jego wzrok-wyraża więcej bólu niż mogłam kiedykolwiek zobaczyć. Wiem, że to go zabolało. po cholerę to powiedziałam, może wcale tak nie myślę, a może jednak? Sama nie wiem, to skomplikowane.
-Wtedy, tamtego dnia – zaczyna, odchrząkując. Teraz stoi już wyprostowany i patrzy prosto w moje oczy. Staram się dotrzymać mu ‘kroku’ ale jego spojrzenie jest… trudne. – znalazłem Twoje zdjęcie pod materacem w nasze… w sypialni. Każdego dnia mam je przy sobie. Tyle razy próbowałem się z Tobą skontaktować, jakkolwiek, ale zmieniłaś numer, mieszkanie. Nawet nie wiesz, jakie to było okropne…
-Shannon, przestań. – Musiałam mu przerwać, to tak bardzo boli.
-Chcę Ci wytłumaczyć, teraz, kiedy sama tu przyszłaś.
-Chciałam tylko powiedzieć, że przestałam reprezentować EMI, nie przyszłam tu, żeby znowu płakać. Robiłam to przez ostatni rok. – Wiedziałam, że tak to się skończy. Po moim policzku właśnie spływają łzy. –Przez Ciebie – dodaję, nie mając pojęcia dlaczego chcę go bardziej zranić.
-Proszę, nie płacz – mówi, i robi coś, przez co powinnam wybiec z hotelu, jednak ja się nie ruszam. Powoli kładzie swoją dłoń na moim mokrym policzku, a ja dokładnie śledzę jej drogę. Cicho szlocham, mając świadomość tego, co Shannon ze mną robi. Znowu. Nie mam na to siły.
-Zostaw mnie. Już nigdy więcej tego nie rób. – Silę się na stanowczy ton, ale on nawet się nie rusza. –Shannon! – chciałam, aby to był krzyk, ale średnio mi to wyszło. Odskakuję nagle, broniąc się przed jego dotykiem. Od kiedy jego dotyk nie był właśnie tym, który chronił mnie przed światem?
-Alex… - robi krok w moją stronę, a ja boje się, co chce zrobić.
-Zrobiłeś już wystarczająco, teraz tylko zostaw mnie w spokoju. Mnie i moich bliskich – przymykam oczy i obracam się, jednak on łapie mnie za rękę. –Puść mnie. – Syczę przez zęby, mając w oczach łzy.
-Nie. –Mówi dobitnie, a ja nie mam już sił na cokolwiek. Tak mi się wydaje, chociaż po chwili ogarnia mnie ogromna złość. Jak on może być tak bezczelny? Nie dość mnie już zranił? Dlaczego nie pozwoli mi odejść? Dlaczego chce mnie bardziej upokorzyć?!
-Shannon! – używam całej swojej determinacji, która sprawia, że krzyczę. –Nie chcę tu być, zostaw mnie! Po prostu zapomnij, tak jak to udało Ci się na jachcie!
-Alex! – ponownie wykrzykuje moje imię, co tylko wywołuje u mnie nieopanowaną złość, jednak w jego podniesionym tonie nie ma rozkazu, lecz bezradność.
-Nie krzycz na mnie! Nie życzę sobie tego, rozumiesz? Puszczaj! – wyrywam dłoń z jego uścisku, jednak on nie pozwala mi odejść nawet na krok, chociaż bardzo chciałabym znaleźć się już w swoim łóżku i móc przeżywać bieżące wydarzenia. Ponownie zamyka dłoń na moim nadgarstku i zdecydowanym ruchem przyciąga mnie do siebie. Szamoczę się w każdą stronę, jednak brunet zamyka mnie w mocnym uścisku. Próbuję wyrwać się na ile mam sił, jednak te opuszczają mnie w najgorszym momencie. Nie wiem co robić. Czuję się z nim tak… dobrze. Wdycham jego perfumy, w których wyczuwam okropny zapach papierosów. W mojej głowie jest kompletna pustka, a może przeciwnie- kumuluje się tam tyle emocji i myśli, że nie wiem, na czym się skupić. Zaczynam płakać i nawet nie próbuję tego przy nim powstrzymać. Daję mu kolejny dowód na to, że udało mu się mnie poniżyć.

.:Shannon:.
Nie mam pojęcia dlaczego to robię, po prostu wiem, że muszę. Chcę ją uspokoić, moją małą, wystraszoną Alex. Jest tu ze mną i chce zatrzymać tą okropną chwilę, gdzie każdy z nas odczuwa cholerny ból. Jej klatka piersiowa unosi się i opada w szybkim tempie i wiem, że wciąż płacze. Staram się nie dopuszczać do siebie łez, jednak czuję je pod powiekami.
-Ciii- szepczę do jej małego ucha, a ona cicho zanosi się płaczem. –Kocham Cię i zawsze będę. – Mówię a ona od razu się ode mnie odsuwa. Ociera oczy, które w niektórych miejscach są czarne od kosmetyków. Sięgam dłonią do jej policzka, ale ona robi krok do tyłu. –Nie bój się, nigdy bym Cię nie skrzywdził, wiesz o tym. –Patrzę na zapłakane oczy Alex, które nie są już takie same.
-Nie, wcale nie wiem. – Mówi cicho, ofiarując mi najsmutniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem. –Do widzenia. – ostatni raz spoglądam na osobę, którą wciąż kocham. Którą tracę, już straciłem. Nie zamykam drzwi, obserwuję każdy jej ruch, dopóki nie znika za rogiem korytarza.

.:Alex:.
Wybiegam z hotelu wpadając na kilka osób, których nie zauważam przez łzy, które ponownie wypalają skórę moich policzków. Kiedy wpadam na parking uderza mnie chłodny wiatr, który sprawia, że niektóre miejsca na mojej twarzy zaczynają piec. Dobrze się z tym czuję, najwyraźniej to kara za moją słabość. Właśnie tego się bałam- swojego odruchu na widok Shannona. Odruchu, bo za nie odpowiedzialne jest bardziej moje ciało niż rozum. Potrzebowałam go blisko siebie i dobrze o tym wiedziałam, to dlatego postanowiłam spotkać się z nim osobiście. Jednak nawet przez myśl nie przeszedł mi podobny scenariusz naszej rozmowy. Dlaczego musiał to zrobić? Otoczyć mnie swoimi szerokimi ramionami, które mogłabym przysiąc, uważałam kiedyś za najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Rzeczywiście kiedyś nim było. Znów to zrobił- upokorzył kolejny raz pokazując mi, że wciąż go potrzebuję. Choć wcale tak nie jest, a nawet jeśli to wmawiam sobie, że potrzebuję więcej czasu.
- Kocham Cię i zawsze będę. ??? to niemożliwe, że padło to z jego ust. A co jeśli to prawda? Jeśli mogłabym dać mu szanse? Tyle, że próbowałam tego setki razy, płacząc w pustym mieszkaniu w Nowym Yorku. Po prostu nie potrafię wybaczyć mu tego, że spieprzył mi życie- nie, wcale nie przesadzam. Przez niego (dzięki niemu?) tyle się zmieniło. Rzuciłam pracę, w tym czasie odeszła Annie, zatopiłam się w nauce i osiągnęłam kilka sukcesów. Byłam w trasie z rockowym zespołem! Poznałam jego mamę i spędziłam z całą ich rodziną kilka dni, które są dla niektórych najważniejsze podczas całego roku, który niedługo po nich ma się skończyć. Zostałam ciocią a zaraz po tym przeprowadziłam się na drugi koniec kraju. Zostawiłam przyjaciółkę w Nowym Yorku. Zrobiłam nawet prawo jazdy, poważnie się zaręczyłam – na to wspomnienie ponownie szlocham głośno, kiedy siedzę na chłodnym asfalcie koło swojego samochodu, opierając się o drzwi auta.

Osiedliłam się w zupełnie nowym miejscu- Mieście Aniołów, gdzie podobno ludzie spełniają swoje marzenia. Cóż, w sumie ja również mogę zaliczyć kilka pozycji na swojej liście. To tam podjęłam poważną pracę w kancelarii adwokackiej i to właśnie w LA pierwszy raz stanęłam na wokandzie sądowej. Później żyłam niczego nieświadoma, kiedy mój narzeczony kłamał mi w oczy dzień za dniem, witając mnie uśmiechem każdego ranka… Nie żałuję tego. Niczego, co związane z Shannonem. I chociaż czuję, że serce wyskoczy mi za każdym razem, kiedy o tym myślę jestem wdzięczna za każdą chwilę, jaką mi podarował. Nie ważne, ile za to zapłaciłam. Jednego jestem pewna- żyłam chwilą, ciesząc się obecnością osoby, którą kochałam ponad wszystko. Zdaję sobie sprawę ze swojej naiwności, ale jestem wdzięczna Shannonowi za każdą chwilę spędzoną razem.

.:Shannon:.
Wracam do smutnego pokoju, smutnego życia. Siadam na ziemi, opierając się o drzwi, ale jest mi wszystko jedno. A więc tak kończy się moje szczęście. Teraz już wiem, że nie jestem zdolny do miłości. Miałem swoją szansę, od tak dawna wreszcie czułem się spełniony i miałem poczucie, że każdy dzień jest najlepszym jaki przeżyłem. A kolejny przynosił tą samą myśl, a za nim przychodził następny.
Jednak już po wszystkim.
Ona odeszła, na dobre.
Cały rok walczyłem ze sobą i z brakiem jej obecności i teraz już wiem, że jestem zwyczajnie za słaby na zapomnienie. To cholernie smutne, kiedy stajesz się czymś, czego zawsze się bałeś. Człowiekiem nie zdolnym do miłości.
To ja- Shannon Leto. Mężczyzna, który podobnie jak mój brat, sprzedał szczęście i miłość w życiu za marzenia i ulotne poczucie spełnienia jakie daje pogoń za karierą.
Cóż, „nie masz wpływu na to, że ktoś Cię skrzywdzi na tym świecie, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie. Podoba mi się mój wybór. Mam nadzieję, że ona jest zadowolona ze swojego.

.:Alex:.
Jestem, Shannon. Naprawdę jestem.”**

** przerobiony (przeze mnie) cytat z książki ‘Gwiazd naszych wina’
KONIEC
|*|
Tak, to już koniec mojego opowiadania. Możecie nie zgadzać się z moją decyzją, jednak ja uważam, że wszystko (co dobre... jasne) musi się kiedyś skończyć, a ja od początku kierowałam się mniej więcej w tą stronę. Wiem, że niektórzy zauważyli (z czego bardzo się cieszę), że w swoim opowiadaniu chciałam pokazać ZWYKŁE życie dość niezwykłych osób, niekoniecznie umieszczając wybuchy czy inne zamachy (?) co drugi rozdział. Mam nadzieję, że komuś jednak się podobało i zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią do tego rozdziału, ale też całej historii. 
DZIĘKUJĘ bardzo za każdy komentarz i słowo wsparcia i nie będę już zanudzać! 
Na koniec powiem tylko, że możecie zaglądać tu od czasu do czasu jak Wam się przypomni, bo planuję dodać jakąś miniaturkę może? Zobaczymy. 
DZIĘKUJĘ jeszcze raz! 
martyna

wtorek, 3 czerwca 2014

rozdział sześćdziesiąty piąty

Obudziłam się, trzęsąc z zimna. Otworzyłam oczy i omiotłam spojrzeniem mały balkon, na którego zimnej posadce siedziałam. Było mi strasznie zimno pomimo koca, którym byłam owinięta. Przejechałam dłonią po policzkach, które wciąż były mokre. Podniosłam się powoli i weszłam do zaskakująco ciepłego mieszkania. Zdołałam tylko odczytać godzinę z zegarka na ścianie, który wskazywał drugą w nocy. Przeszłam do swojej małej sypialni i szybko przebrałam się w krótkie spodenki i luźną koszulkę. Wskoczyłam pod ciepłą kołdrę, którą szczelnie się otuliłam. Byłam już zmęczona poczuciem bezradności, beznadziejności i przede wszystkim bólu. Nie miałam siły na kolejne tygodnie nieustannego płaczu a wszystko to z jednego powodu. Powodu, który nazywał się Shannon Leto. I chociaż nazwisko to przyprawiało mnie o łzy za każdym razem kiedy pojawiało się w mojej głowie, tym razem było inaczej. Jakim prawem to zrobił? Jak mógł tak po prostu pojawić się w moim mieście, w mojej kancelarii, na powrót w moim życiu? Nikt go nie zapraszał, wręcz przeciwnie. Na całej sobie wymalowane miałam, że to przez tego człowieka cierpi(ę)ałam. Nie mogłam pozwolić, żeby kolejny raz udało mu się zniszczyć zamieszać w moim życiu. Dlatego postanowiłam, że jutrzejszego dnia stawię mu czoła. Jemu i Jaredowi- zwołam ponownie spotkanie, z którego wczoraj szczeniacko uciekłam. Będę silna i pokażę Shannonowi, że potrafię bez niego żyć oczywiście, że nie. Wejdę jutro dumnie do sali w swoich najlepszych szpilkach, które kosztowały mnie fortunę. Będę silna, przecież potrafię. Pomińmy to, że znów miałam ochotę leżeć w łóżku przez cały dzień i nie robić nic innego, jak wspominać cholerny rok dzień po dniu z tym kretynem, którego kurwa dalej kocham. Wcale nie, nie mogę go kochać, ale co poradzę na to, że jest inaczej?
Jak to było? ‘Wejdę do sali z dumnie podniesioną głową’? Cóż, okazało się być zupełnie inaczej. Do kancelarii przyjechałam sporo przed czasem, jednak cały czas do spotkania przesiedziałam u siebie z nosem utkwionym w aktach sprawy z dużym kubkiem parującej kawy.
-Pani Batch, zapraszam – zza drzwi mojego gabinetu wychyliła się jasna głowa Edwarda z promiennym uśmiechem. Wstałam od biurka i zebrałam kilka potrzebnych materiałów. Zaraz przed wejściem do sali konferencyjnej gdzie już znajdowali się klienci wzięłam kilka głębokich oddechów powtarzając sobie, że przecież dam radę.
*
Stałem na tym pierdolonym parkingu jak najgorszy przegrany. Wszystko się zgadzało, bo właśnie straciłem swoją szansę na szczęście. Dobrze wiedziałem, że tylko z nią mogłem być szczęśliwy, ale wszystko zaprzepaściłem. Koncerty, imprezy, pieniądze- nie dzięki temu codziennie wstawałem z uśmiechem…
Deszcz spływał po mnie jak po gładkim zboczu skały, a ja wpatrywałem się w małą, śmieszną budkę, w której siedział portier, który bezprawnie otworzył szlaban, dzięki czemu Alex mogła bez problemu ode mnie odjechać w tej okropnej taksówce. Tak, płakałem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się to zdarzyło, chyba kiedy byłem małym chłopcem. Ale tym razem nie wstydziłem się swoich łez, nic mnie nie obchodziło. Pewnie wyglądałem jak ofiara, którą przecież stałem się na własne życzenie.
-ALEX! – wrzasnąłem do ciemnego nieba. Ale nic się nie zmieniło, ja dalej stałem w miejscu, deszcz padał zacięcie a ona nie wróciła. Podbiegłem do samochodu i trzasnąłem drzwiczkami, których wcześniej nie zamknąłem. Następnie pobiegłem do mieszkania z zamiarem upicia się do nieprzytomności, ale kiedy przeszedłem przez jego próg, nie było takiej potrzeby. Koło kuchni na podłodze była kałuża krwi i porozrzucane szkło, którym zapewne się skaleczyła. Ale nie to było najgorsze. Nasza ściana ze zdjęciami była zniszczona. Większość fotografii leżała na ziemi, reszta spoczywała w malutkich, powydzieranych kawałkach. Podniosłem jedno z nich, które przedstawiało naszą dwójkę na wzgórzu Moriar Hill. Pamiętałem, jak nie mogliśmy wtedy zachować powagi nawet na chwilę, kiedy chcieliśmy zrobić zdjęcie.
-Kurwa! – zakląłem. Nie wierzyłem, że to wszystko działo się naprawdę. A to wszystko przez tą sukę, która musiała się dzisiaj koło nas kręcić! Nie, to przez moją głupotę. Przez to, że tak bardzo za nią tęskniłem i to, że zachlałem się jak świnia. Dawno z tym skończyłem, ale wtedy nie mogłem się powstrzymać, w końcu były moje urodziny, które spędzaliśmy na jachcie, z dala od pracy.
Podszedłem do barku, z którego wyciągnąłem butelkę czystej. Nie miałem ochoty na niewiadomo jak egzotyczne alkohole, chciałem, aby gorzki płyn drażnił moje gardło. I tak właśnie było. Jedna butelka za drugą, aż wreszcie nie pozbyłem się wszystkich wódek w całym barku. Byłem niemal nieprzytomny, kiedy zataczałem się do sypialni. Z trudem pokonałem schody, a kiedy znalazłem się na górze zobaczyłem sukienkę Alex, w której była na balu. Wyglądała tak ślicznie! Była najpiękniejszą kobietą na całym tym śmiesznym balu i przede wszystkim moja. Była moja…
-AaaAaaa! – kolejny raz wydobyłem z siebie wrzask, chcąc pozbyć się okropnego uczucia, które zalewało mnie w środku. W głowie kręciło mi się od dużej ilości alkoholu a do tego serce rwało się jakby z uwięzi. Podbiegłem do komody, którą wywróciłem. Nie mogłem przebywać w tym domu, w tym pokoju. Wszystko kojarzyło się z Alex, to przecież dzięki niej wszystko wyglądało tam tak dobrze. Następnie podszedłem do materaca, które robiło nam za łóżko i było najwygodniejszym, na jakim kiedykolwiek spałem. Ująłem gruby materiał w dłonie i wywróciłem go do góry nogami, znów krzycząc coś niezrozumiałego. Nie potrafiłem utrzymać się na nogach, więc po chwili upadłem, uderzając tyłem głowy o podłogę. Pulsowała w zawrotnym tempie a ja nie miałem pojęcia jak pozbyć się tego bólu. Przewróciłem się na bok, łapiąc mocno za głowę, która kurewsko mocno bolała.
-Alex! Gdzie jesteś?! Wróć tutaj! – nie przestawałem krzyczeć, kiedy zobaczyłem jakiś mały kwadrat na materacu, który był wywinięty. Podniosłem nieznajomą rzecz, która okazała się kolejnym zdjęciem. Przedstawiało ją: uśmiechniętą, z wesołymi oczyma i lekko mokrymi włosami, które pięknie opadały na jej ramiona, kończąc się za biustem. Nie chciałem już krzyczeć, nie chciałem pić, nie chciałem już kurwa nic. Tylko móc przy niej być. Przeprosiłbym ją za każde słowo, które ją skrzywdziło, za każdą swoją nieobecność. Kolejne łzy popłynęły po moim policzku, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Wpatrywałem się w jej piękne, wesołe oczy i pełne usta. To było najpiękniejsze zdjęcie jakie kiedykolwiek widziałem, a kiedy je odwróciłem zobaczyłem małe literki:
Mojemu Shannonowi- 'boskiemu perkusiście'
Alex.
-Moja Alex –wyszeptałem, wpatrując się w napis. Zawsze żartowała, nawet kiedy nie miała na to ochoty robiła to, nie chcąc robić przykrości innym. Zawsze najpierw zajmowała się ludźmi, którzy ją otaczali, dopiero później sobą. Kochałem to w niej- była taka dobra. Ale czasami wolałem, żeby podeszła do mnie i zaczęła płakać, zamiast chować się gdzieś w pokoju i tam ocierać nieproszone łzy. Ale ona rzadko to robiła, wolała sama sobie poradzić niż martwić mnie. Była taka kochana… I taka wredna. Zawsze miała w zanadrzu jakiś żart, który był cholernie zabawny, ale potrafił czasami obrazić, jednak ona zawsze wiedziała, kiedy tego użyć. Zresztą, zaraz po tym zawsze siadała mi na kolanach i mizdrzyła się do mnie jak mały kotek, a ja oczywiście zawsze jej na to pozwalałem, bo uwielbiałem to małe poczucie winy w jej oczach i oczywiście przeprosinowe całusy, którymi mnie zasypywała.
-Wróć… - wyszeptałem, kiedy już nie mogłem patrzeć na zdjęcie, które wydzierało mi serce kawałek po kawałku.

*
-Shannon – Jared szturchnął mnie łokciem więc podniosłem wzrok znad ekranu telefonu, kiedy do sali weszła moja Alex. Miała na sobie czarne, dopasowane spodnie i tego samego koloru koszulę, przez którą można była dopatrzyć się ciemnej bielizny. Czy to jest strój do pracy??? Jej włosy były proste i spięte w długi, koński ogon. Szkoda, zawsze lubiłem kiedy były naturalnie pokręcone. Przeszła przez całą długość sali i słychać było jedynie stukot jej butów, które wyglądały na bardzo drogie. Od razu w mojej głowie pojawiło się pytanie: jak sobie teraz radzi? Wyjechała tak nagle i ani razu się nie skontaktowała. W LA wciąż znajdowało się kilka jej rzeczy, po które nigdy nie wróciła. Czy to jej stała praca? Czy ten koleś to jej własny asystent? Czy dobrze jej się tu powodzi? Czy wciąż mieszka z Jonni i Kailem? Czy to małe, białe auto na parkingu należy do niej? Jak ją znam to właśnie jej… Ale czy wciąż ją znam?
Przez cały czas próbowała być poważna i profesjonalna i rzeczywiście na taką wyglądała. Bezuczuciowy, profesjonalnie wymodelowany głos ciągle przypominał nam, że jesteśmy w niezłej dupie. Jednak co chwilę wracała moja mała, śmieszna Alex, kiedy zabawnie wycierała nos w chusteczki, które skrycie wrzucała do swojej torby. Pomimo kosmetyków jej nos ciągle był czerwony a ja próbowałem nie uśmiechać się na widok jej zakłopotania, kiedy głośno smarkała. Każdy inny nie zwróciłby na to uwagi, ale ja uznałem to za urocze. Jednak po kilkunastu sekundach znów powracał zimny, firmowy ton i jej jak zawsze perfekcyjne przygotowanie. To było cholernie trudne… siedzenie naprzeciwko niej i udawanie, że łączą nas tylko sprawy zawodowe. Ale tak nie było.
*
Oboje wiedzieliśmy, że pomimo interesów łączyło nas coś więcej. I pomimo roku, który minął od naszego ostatniego spotkania nie wyleczyliśmy się ze wspólnego uczucia. To było cholernie trudne- udawanie, że nic się nie stało. Z każdą minutą było coraz ciężej, zwłaszcza, że ten pieprzony katar nie chciał odpuścić i akurat poprzedniego wieczora musiałam przeziębić się na tym balkonie! Musiałam skupić się na materiałach przed sobą, umową, która liczyła ponad sto stron i prawnikiem przed sobą, który z pewnością miał większe doświadczenie ode mnie, jednocześnie starałam się ignorować głupie uśmieszki Shannona, kiedy wycierałam nos. To mnie naprawdę dekoncentrowało…
*
Minęło kilka tygodni a my z Veronicą praktycznie odsyłaliśmy klientów do innych kancelarii, skupiając się jedynie na reprezentowaniu wytwórni EMI. Była to dotychczas największa sprawa jaką prowadziłam. Nie wiedziałam, jak było z moja partnerką, w końcu była bardzo doświadczonym adwokatem, ale obie wiedziałyśmy, że to dla nas szansa, jaka zdarza się jedna na milion. Każdego dnia siedziałyśmy do późna w kancelarii, żeby wrócić do domu i tam pracować jeszcze dłużej. Na szczęcie w Nowym Yorku spotykałyśmy się jedynie z przedstawicielem prawnym zespołu, a obecność Jareda i Shannona była tylko epizodyczna. Bardzo mi to ułatwiło prowadzenie całej sprawy, ale z drugiej strony nie miałabym nic przeciwko ponownemu spotkaniu. Nie, przecież nie mogłam tak myśleć, dobrze wiedziałam, jak skończyłaby się ich kolejna wizyta. Lepiej, że oni siedzieli w Los Angeles a ja mogłam spokojnie pracować.
Z każdym dniem, kiedy coraz bardziej zagłębiałam się w całą tą umowę zdawałam sobie sprawę, że została ona specjalnie sformalizowana w taki sposób, aby zespół nieświadomie złamał kilka jej punktów. Chwilami nachodziły mnie myśli, że nie powinnam się tym zajmować. Przecież widziałam chłopaków, kiedy to wszystko się zaczynało. W momencie, kiedy Shannon nie miał pieniędzy przez całe to zamieszanie kupił mi pierścionek… Jednak za każdym razem odsuwałam od siebie te nieprzyjemne myśli, które na dobre przekreśliłyby reputację kancelarii i moją osobę. Nie było mowy o oddaniu tej sprawy, to była dla nas wszystkich ogromną szansą.
*
Kilka miesięcy później

Właśnie skończyłam pisać oficjalne oświadczenie nakazujące wpłatę 30 milionów dolarów na konto wytwórni przez zespół. Nie dość, że pisałam ją kilka dni, to jeszcze podpisałam ją w ostatniej chwili, kiedy musiałam ją już oddać. Nie miałam serca tego robić. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, które nie pozwalały mi spokojnie zasypiać od kilku tygodni. Nie było wieczora, kiedy nie myślałabym o Shannonie. Wystarczy, że kilka miesięcy temu pojawił się w mojej kancelarii, a wszystko wróciło. Każde wspólne wspomnienie. Tak samo było tamtego dnia. Było późne popołudnie, kiedy zbierałam się już do domu. Edward jak zawsze kończył pracę wtedy, kiedy ja i często podwoziłam go do domu. Był miłym, młodym chłopakiem, który dopiero co zaczynał i właśnie dlatego był niezawodny. Wszystko wykonywał jak najlepiej potrafił, a zdolności miał naprawdę godne pozazdroszczenia.
-Gotowy? – spytałam, kiedy mknęliśmy ulicami Nowego Yorku.
-Na co? – zwrócił głowę w moją stronę, posyłając mi niewinne spojrzenie.
-Na rozprawę, jest za tydzień.
-Tą rozprawę? – otworzył szeroko oczy a ja cicho się zaśmiałam.
-Tak, tą najważniejszą dla całej naszej kancelarii. Będziesz nam potrzebny na sali.
-Ja… No pewnie, dzięki! – ucieszył się a ja wzruszyłam ramionami. Po kilku minutach dojechaliśmy pod jego dom, więc pożegnał się i przebiegł kawałek pod drzwi. Musiałam jeszcze zrobić zakupy i odwiedzić Jonni, z którą nie widziałam się od ponad tygodnia. Spokojnie pokonywałam małe korki w centrum, kiedy wreszcie dotarłam pod jeden z supermarketów. Kupiłam najpotrzebniejsze produkty i trochę słodyczy dla Joela, który pożerał je jak mały smok. Po kilkunastu minutach podjechałam pod blok swojego starego mieszkania, kiedy dostałam smsa:
|*|
Cześć, jutro będziemy już w Nowym Yorku. Znalazłabyś chwilę na spotkanie? Shannon.
|*|
Wpatrywałam się w ekran telefonu kilka długich minut zanim ruszyłam się z miejsca. Nie wiedziałam co zrobić, czy odpisać czy zignorować tą wiadomość, jako, że łączyła nas już tylko wspólna rozprawa. Jasne Postanowiłam, że przejdę się chwilę po parku, do którego często chodziłam. Naciągnęłam na głowę cienką, czarną czapkę spod której wystawały proste włosy i narzuciłam na siebie tego samego koloru komin. Kiedy zamknęłam już samochód zapięłam długą, zgniłozieloną kurtkę i ruszyłam przed siebie. Było zimno, pomimo jesieni, która królowała w pełni. W powietrzu czuć było lekko mroźny wiatr, który zwiastował tylko szybkie nadejście zimy w tym roku. Włożyłam ręce do kieszeni i przemierzałam w ciszy alejki parku, który niegdyś odwiedzałam każdego dnia. Zastanawiałam się, czy powinnam zgodzić się na spotkanie z Shannonem. Jedna połowa mnie podpowiadała mi, że będzie to samobójstwo, jednak druga część mnie mówiła, że to tylko jedno spotkanie, którego w głębi serca chcę i oczekuję. Wspaniale byłoby znów zobaczyć uśmiech na jego twarzy i poczuć mocne perfumy, których używał odkąd pamiętam. Zapewne pojawiłby się w swoich dresowych spodniach, które były na honorowym miejscu w jego garderobie. Czy założyłby komin, który kiedyś mu kupiłam mówiąc, że każdy mężczyzna wygląda w nim o stokroć lepiej? A może przyszedłby w czymś zupełnie innym? Tak naprawdę nie widzieliśmy się prawie od roku, a wiedziałam po sobie, że przez ten czas może zmienić się dosłownie wszystko. Ja kolejny raz przewróciłam swoje życie do góry nogami, więc on mógł zrobić to samo. Zwłaszcza, że czytałam, że mieli teraz nową trasę i… w mojej głowie pojawiły się obrazy, kiedy razem z Jonni odliczałyśmy każdego dnia do ich koncertu. Kiedy szalałyśmy ze szczęścia, kiedy miało to miejsca. Kiedy to było? Na drugim roku studiów! Pamiętam podekscytowanie, jakie towarzyszyło mi tamtego dnia a następnie zdenerwowanie, kiedy przyszedł czas na osobiste spotkanie z zespołem.
*Z coraz szybszym pulsem powoli przesuwałam się do przodu. Nastała kolej Jonii, która uścisnęła mi mocno rękę i przekroczyła małe drzwi, prowadzące do mojego raju mojej zguby.
W końcu usłyszałam głośne 'NEXT' i to właśnie była moja kolej...W pierwszej chwili o ironio wzrokiem szukałam Shannona, który stał obrócony tyłem, popijając kawę. Odetchnęłam spokojna, ciesząc się chwilą sielanki, która wiedziałam, że za niedługo zostanie przerwana. Tomo od razu powitał mnie ciepłym, ogromnym uśmiechem i chcąc, nie chcąc, odpowiedziałam tym samym. Po standardowym 'HOLY MOLY'-Jareda, zadano mi oczywiste pytanie: jak mi na imię. Nigdy nie sądziłam, że ta odpowiedź, będzie mnie kosztować tyle wysiłku.
-Jestem Alex- powiedziałam za cicho, przypominając sobie, jak tłum w klubie skandował moje imię…
Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie: Shannon zakrztusił się swoją kawą i gwałtownie obrócił szukając właścicielki dręczącego go imienia.
*W pewnym monecie Tomo zamienił się z Shannonem miejscem (albo raczej to Shannon, wypchnął Tomo, i sam stanął obok mnie). Jedną rękę położył mi w talii, drugą trzymając na barku gitarzysty. Od razu, kiedy tylko poczułam na sobie jego dłoń, przeszedł mnie dreszcz. Przypomniał mi się nasz taniec w klubie i chcąc pozostać w tamtym wspaniałym wspomnieniu musiałam się z niego brutalnie otrząsnąć, bo Shannon właśnie się nade mną nachylił i pół głosem powiedział:
-To Ty, Alex.
Uśmiechnęłam się na te kilka wspomnień, które chyba na zawsze pozostaną w mojej głowie. Jednak dalej nie wiedziałam, czy zdecydować się na prywatne spotkanie z Shannonem. Nie miałam pojęcia o czym chciałby porozmawiać. Może chodziło mu o zbliżającą się rozprawę, a może chciał dowiedzieć się czegoś zupełnie innego? Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć, więc postanowiłam powrócić do starego, dobrego sposobu- zwrócić się z problemem sercowym do Jonni.
-Mały śpi, Kail nie wrócił jeszcze z pracy, mów o co chodzi. – uśmiechnęła się, siadając na kanapie w salonie
-Dlaczego jak przyszłam Was odwiedzić Ty uważasz, że czegoś potrzebuję? – oburzyłam się, powstrzymując śmiech.
-Widzę – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Aż tak widać?
-Shannon napisał – powiedziałam cicho, obserwując minę Jonni, która nie zmieniła się tak, jak to sobie wyobrażałam. –Napisał do mnie, dzisiaj, przed chwilą, chce się spotkać – powtórzyłam wypowiadając każdą część wyraźnie.
-Wiem? – zmrużyła oczy mówiąc pytającym tonem.
-Wiesz?
-Tak, tylko się nie złość, proszę. Dobijał się do mnie cały czas. Nie mówiąc o tym, że zaraz po tym jak wróciłaś z Los Angeles z dwa tygodnie codziennie pukał do moich drzwi chcąc uzyskać jakiekolwiek informacje o Tobie…
-Proszę? – wyksztusiłam z siebie, przerywając jej. Wiedziałam, że o mnie pytał ale nie tak często i… w taki sposób.
-Tak, ale przyszedł znów kilka tygodni temu, przyjechali tutaj na jakąś galę czy coś. Tak czy inaczej, rozmawialiśmy, więc w końcu podałam mu Twój nowy numer. Przepraszam, ale nie mogłam inaczej, gdybyś go wtedy widziała. Zupełnie się zmienił. Widziałaś jego oczy?
-Tak… - odpowiedziałam zamyślona, przypominając sobie jego wątłą sylwetkę u siebie w kancelarii. –Są zapadnięte.
-I to jak. Rozmawiałam z Jaredem, mówił, że Shannon znowu pije. Mówił, że ciężko wyciągnąć go z domu zwłaszcza, kiedy mieli przerwę w trasie. Nie gra też już tak jak kiedyś i wszyscy się tam o niego martwią, bo nie chce przyjąć pomocy od nikogo.
-Oh – to jedyne, co byłam w stanie powiedzieć. Było z nim tak źle? I przede wszystkim dlaczego? To chyba nie była wina mojego odejścia…
-Jared mówił, że wszystko to zaczęło się… no wiesz.
-Kiedy odeszłam – dokończyłam za przyjaciółkę, wypowiadając swoje myśli.
-Tak – przytaknęła, spuszczając głowę. Czułam się okropnie. Wszystko to działo się przeze mnie, martwiłam się o niego. – Alex, spotkaj się z nim – po chwili usłyszałam cichy głos blondynki, która wskoczyła na miejsce koło mnie.
-Jonni, nie jestem pewna czy to dobry pomysł. Jestem prawie pewna, że kiedy tylko na niego spojrzę, znów się rozkleję. – Bałam się.
-Chociaż spróbuj – powiedziała, po czym mocno mnie przytuliła. Miała rację, powinnam była spróbować. To tylko jedno spotkanie, które pewnie pozwoliłoby nam wszystko sobie wyjaśnić i zaspokoiłoby też moją ciekawość. Po chwili podniosłam swoją torbę i powoli wyciągnęłam z niej telefon. Jonni dodawała mi otuchy uśmiechem, który mnie denerwował. Dlaczego tak bardzo zależało jej na naszym spotkaniu? Przecież niczego by nie zmieniło, jedynie moje nie do końca wyleczone rany mogłyby znów się odrodzić. Dlaczego wszyscy uważali, że nic takiego się nie stało, a ja tylko wyolbrzymiałam? W porządku, nikt mi tego nie powiedział, ale takie odnosiłam wrażenie. Tylko że nikomu nie było na rękę pamiętać tego, jak przez tyle czasu Shannon mnie okłamywał. Spędzaliśmy ze sobą kolejno dni śmiejąc się i przytulając, kiedy on przez cały ten czas kłamał mi w oczy. Wybaczyłam mu to, przecież go kocha(ła)m, ale to wciąż bolało i nie miałam zamiaru na nowo odczuwać bólu, który powoli wysysał ze mnie chęci do życia ponad rok temu. Wiedziałam, że spotkanie, o które prosił mogłoby rozjaśnić niektóre sprawy i odpowiedzieć na pytanie, które od dawna sobie zadawałam.
Zablokowałam ekran i z powrotem wrzuciłam telefon do torebki.
-Alex?! – zdziwiła się blondynka.
-Nie mam zamiaru jeszcze raz przez to przechodzić. – odpowiedziałam pewnym tonem, kończąc ten temat na dobre.
|*|
dziękuję
martyna


sobota, 31 maja 2014

Such a beautiful lie to believe in. So beautiful, beautiful lie makes me ~ miniaturka


To takie przykre, że stałem się kimś, kim sam gardzę. Nawet nie zauważyłem kiedy i jak bardzo zmieniło mnie otoczenie, od którego jestem całkowicie uzależniony. Lista osób, które sterują moim życiem zaczyna się na nazwisku Ludbrook, ciągnie przez ludzi z wytwórni, planu, ekipy, a kończy na wizażystce lub fryzjerce. Zdecydowanie Nie widnieje na niej Jared Leto. Siedzę w jednym z czterech wiklinowych foteli w labowym ogrodzie. Cieszę się, że udało nam się wcześniej skończyć zdjęcia do teledysku i że mam dla siebie chwilę czasu. Ciepłe, kalifornijskie powietrze otula moją twarz i tak jak kiedyś pewnie zainspirowałoby mnie to do kolejnego bazgroła na ścianie, teraz nie znaczy dla mnie nic. Mam 43 lata i przeżyłem już tyle takich chwil, że kolejna nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Z resztą tak, jak ostatnio wszystko. Nawet koncerty mi już nie wystarczają. Kiedyś scena była dla mnie innym światem, miejscem gdzie liczył się tylko zespół, muzyka i Echelon. Teraz to kolejne pole do zarobienia zielonych. Dziwie się, że mogę rozmawiać z fanami bez scenariusza. Nawet nie wiem komu powinienem podziękować, za zniszczenie tego świętego niegdyś miejsca. Dzień koncertu jest jednym z najtrudniejszych w pracy, jaką wykonuję. Spotkanie z fanami pod hotelem, wywiad w jakiejś lokalnej telewizji lub radio, kolejne zdjęcia i podpisy z fanami, soundcheck, czyli coś za co nienawidzę się od ponad roku najbardziej. Wyłudzanie pieniędzy w zamian za granie piosenek, których fani chcą najbardziej. To zwykłe naciąganie i w pełni zdaję sobie z tego sprawę, ale nie ja decyduję o takich sprawach. Po próbie, za którą otrzymujemy niemałe pieniądze mamy chwilę dla siebie, a i tak najczęściej spędzamy ją na tweetowaniu czy umieszczaniu durnych zdjęć. Potem zaczyna się spotkanie z zespołem, które jest jedną z przyjemniejszych chwil dnia. Każda osoba, przekraczająca drzwi pomieszczenia z wielkim, czarnym płótnem i niebieską triadą w tle jest wyjątkowa. Nawet nie potrafię opisać uczucia, jakie mi towarzyszy, kiedy 3/4 z tych osób dziękuje nam za odmienienie ich życia. Za przykład, który dajemy im każdego dnia, za nasze piosenki, teksty. Za to, że po prostu jesteśmy. To takie nierzeczywiste, a jednak doświadczam tego niemal każdego dnia.
W niewielkim okienku wpisuję swoje imię i nazwisko i czekam na wyniki. To, co widzę utwierdza mnie w przekonaniu, że tumblr to zupełnie obcy mi świat. To miejsce, gdzie młodzi ludzie mogą być sobą, mogą uciec od oceniania i krytykowania, to tu mogą wyrażać co czują, co siedzi w ich często niepewnych siebie duszach. Nie znając się, jednoczą się w bólu i cierpieniu, w radości. Wspierają się i mają swój świat, w którym nikogo nie muszą udawać. To może trochę straszne, że te najczęściej młode osoby zamiast szukać swojego miejsca w świecie uciekają się do Internetu, ale ja wiem, że poniekąd postępują słusznie. Wiem, że jest to wynikiem niewiedzy, ale ja ucząc się na własnych błędach wiem, że żyjemy w świecie, który jest okrutny dla słabych. Słabych, to znaczy ludzi, którzy mają swoje zasady i wartości, którymi się kierują. Nie dziwie się więc tym młodym ludziom, którzy uciekają do miejsca, gdzie czują się bezpiecznie.
Przewijam stronę widząc zdjęcia, filmiki i gify z moim wizerunkiem. Uśmiecham się smutno. Jestem pewny, że znajduje się tu każdy moment z mojego życia. Może prawie każdy. Czy mnie to zasmuca? Tak, bo czuję, jakby na tych zdjęciach uśmiechał się zupełnie inny facet. Zaskakujące, że ludzie widząc moje oczy widzą lagunę, głębie oceanu czy inne tego typu bzdury. Nikt nie zauważa smutku i gry aktorskiej, którą mam opanowaną niemal do perfekcji. Oprócz zdjęć są jeszcze zacytowane słowa, najczęściej z czasów, kiedy byłem naiwny i wierzyłem, że jako muzyk mogę być sobą, nie przejmować się opinią innych i spełniać marzenia. Co do tego ostatniego niewiele się zmieniło. Dalej uważam, że realizowanie swoich celów jest możliwe, nieważne jak bardzo nieosiągalne by nam się wydawały. Różnica w moim rozumowaniu polega na tym, że mam świadomość, że spełnione marzenie może okazać się siłą demona, z którym wcześniej czy później każdy z nas, będzie musiał się zmierzyć. "Pierdol opinię innych..." kiedyś naprawdę byłem buntownikiem. Pamiętam jaki wiele znaczyła dla mnie możliwość wyjścia na scenę w pełnym makijażu, czarnych włosach z czerwonymi końcówkami i powiedzenie ludziom, że najważniejsze to być sobą. To naprawdę przykre, jak życie zmienia ludzi. Teraz nie mogę kurwa nawet ubrać się w to, co chcę. Chodzę w tym shicie z merchu i reklamuję go, tylko dlatego, że jest to w mojej umowie.
Pocieram ręką czoło, a następnie całą twarz. Zaplątałem się w papierach, obietnicach, umowach, wywiadach, spotkaniach, w byciu Jaredem Leto. Nie chcę nim być, chcę być sobą, ale dopóki jestem na scenie czy przed kamerą, to niemożliwe. Sam jestem sobie winien.
Przejeżdżam ręką po włosach, które upiąłem w coś na kształt koka, z tyłu głowy. Uśmiecham się na myśl, że Emma od razu kazałaby zniszczyć ten efekt mojej kilkusekundowej pracy. Kreowała mnie teraz na prawdziwego rockmana. Śmieje się w głos i nie wiem czy z poczynań tej kobiety, czy z tego, że się jej nie sprzeciwiam. Może gdybym przykładał większą wagę do swojego wyglądu, byłoby inaczej.
Wyłączam okno przeglądarki mając świadomość, że mam jeszcze dzisiaj coś do zrobienia.
Przez kolejne kilkanaście minut nanoszę ostatnie poprawki do nowego teledysku, nad którego montażem pracuję absolutnie sam. Kiedy kończę uśmiecham się sam do siebie będąc dumnym z kolejnego kawałka wdzięczności dla mojej rodziny. Nie wiem czy nadal mogę tak nazywać naszych fanów, bo wiem, że w rodzinie nie powinno się okłamywać, ale robię to dla ich dobra. Jestem Jaredem, którego chcą.
Nagle czuję na karku czyjś oddech, a kąciki ust samoistnie unoszą się ku górze.
-Właśnie skończyłem, chcesz zobaczyć?
-Oczywiście.- słyszę, więc podnoszę się z fotela i siadam na dużej kanapie kładąc macbooka na szklany stolik.
Po raz tysięczny oglądam zmontowany przeze mnie materiał, a kiedy projekcja dobiega końca zamykam go jednym ruchem ręki.
-I jak?
-Jak pozostałe. Profesjonalne- dodaje po chwili młody mężczyzna. Posyła mi delikatny uśmiech, który odwzajemniam. Doskonale rozumiem przekaz jego słów.
-Wszystko psujesz- mówię zwracając swoje ciało ku jego osobie.
-Co tym razem?- pyta unosząc brwi, ale uśmiecha się delikatnie.
-Zawsze mówiłem, że mogę powiedzieć komuś wystarczająco dużo, żeby go zaintrygować, ale nigdy tak naprawdę mnie nie pozna.
Brunet patrzy na mnie swoimi ciemnymi, brązowymi oczami, które przejrzały mnie od samego początku.
-Faktycznie spieprzyłem- mówi pewny siebie. Zna mnie jak nikt inny- Ale wiesz, że wyjątek potwierdza regułę- uśmiecha się i kładzie rękę na moim kolanie.
Patrzę na niego milcząc, podziwiając każdy milimetr jego twarzy. Jak to możliwe, że w tym całym gównie, w którym się znajduje mam jego? Człowieka, przed którym nie muszę być tym, od którego ciągle tylko się wymaga.
Kładę dłoń na jego ręce, spoczywającej na moim kolanie i podnoszę głowę.
-Naprawdę się starzejesz Leto- poprawia kosmyk moich włosów, który wydostał się z dosyć pokracznej konstrukcji koka.
-Ty też, i to szybciej niż ci się wydaje- ukazuje mu rzędy moich króliczych zębów- Dobrze wiesz, że to starszy i silniejszy zawsze wygrywa- Marco odwzajemnia uśmiech i lekko wzrusza ramionami.
- To wygrywaj. I tak zawsze...
Przewracam oczami słysząc, że jak zawsze próbuje się ze mną droczyć. Przestaję słuchać i całuję go. Bezczelnie złączam nasze usta w pocałunku, z którego bije wdzięczność i miłość. Uwielbiam to, w jaki sposób jego język za każdym razem zachłannie szuka mojego. Jak zawsze jest spragniony bliskości, czułości, mnie. To takie młodzieńcze, chociaż przecież nie ma dwudziestu lat. Mimo to, często odczuwam różnicę wieku między nami, ale jest to jak najbardziej pozytywne.
Ręką wędruje po moim delikatnym zaroście, a ja wplatam palce w jego gęste, brązowe włosy.
Czy jestem spełniony mimo braku kontroli nad swoim życiem?
Tak, spełniłem swoje marzenia, chociaż ich wysoką cenę płacę do dzisiaj. Wiem, że było warto, bo dzięki temu poznałem Marco. Teraz razem spełniamy jego marzenia i będziemy je spłacać. Tak długo jak będzie trzeba.
 |*|
Jak pisałam wcześniej, nie jestem autorką tego dzieła, jednak zostałam poproszona o publikację tego na swoim blogu, z czego bardzo się cieszę. Nie wiem jak Wam, ale dla mnie jest to naprawdę  d o b r a  miniaturka, która idealnie ukazuje pewne rzeczy. Dajcie znać czy Wam się podobała, bo autorka bardzo czeka na opinie. 
dziękuję
martyna

czwartek, 29 maja 2014

rozdział sześćdziesiąty czwarty


Dwanaście miesięcy później
-Jonni mogłabyś się pospieszyć? Kail jak zwykle poszedł a ja muszę już wychodzić! – rozmawiałam do drzwi łazienki, które były zamknięte zbyt długo. –Joel skarbie, powiedz proszę mamusi, żeby się tak nie guzdrała – posłałam malcowi uśmiech, który od razu odwzajemnił.
-Musiu! – krzyknął radośnie, kiedy z łazienki w końcu wyszła Jonni.
-Mamusiu – poprawiła go śmiejąc się. Następnie odebrała go z moich rąk, pozwalając mi na zajęcie łazienki. Jak zwykle spieszyłam się do pracy, zwłaszcza, że dzisiaj miałam zastąpić Veronicę w bardzo ważnej dla naszej kancelarii konferencji. Wiedziałam tylko, że chodziło o klientów spoza Nowego Yorku, więc spóźnienie się byłoby dużym nietaktem, zwłaszcza, że odkąd zostałam współudziałowcem kancelarii nie zdarzyło mi się przybyć nie w porę. Umyłam zęby i nałożyłam na twarz codzienny makijaż podkreślając oczy mocnymi, ciemnymi kreskami i sporą ilością tuszu do rzęs. Następnie trochę ciemnych cieni do powiek i byłam gotowa. Miałam niecałe pół godziny na dotarcie na 16th Avenue, czyli jakby nie patrzeć środek Nowego Yorku. W sumie mogłam spodziewać się ‘rannego opóźnienia’, kiedy wczoraj postanowiłam zanocować u Jonni, jednak do poprzedniego wieczora nie wiedziałam jeszcze, że dzisiejszego dnia będę musiała poprowadzić tak ważne spotkanie.
-Lecę, kocham Was, pa! – pożegnałam się z uśmiechniętą dwójką całusami i opuściłam swoje stare mieszkanie. 
W pośpiechu wsiadłam do swojego małego, białego forda, który może nie przypominał mustanga, ale był bardzo wygodny i funkcjonalny jak na to ogromne, zakorkowane miasto, jakim był Nowy York. Włączyłam radio, które każdego dnia nastrajało mnie do skoncentrowania się na obecnych wydarzeniach. Korki były niemiłosierne i zapomniałam jak to jest stać kilkanaście minut, wyklinając na wszystko dookoła, ponieważ droga z mojego mieszkania była dużo bardziej wygodniejsza. Po drodze wykonałam parę telefonów i zaparkowałam auto niecałe dziesięć minut przed czasem. Kluczyki wrzuciłam gdzieś w odmęty torebki, po czym przekroczyłam próg mojej kancelarii.
-Dzień dobry Pani Batch – powitał mnie Edward- mój asystent.
-Cześć, klienci już są? – przywitałam się, odbierając codziennie podawany mi kubek kawy.
-W konferencyjnej – powiedział. –Tu są materiały od Veronici dotyczące sprawy.
-Dzięki, powiedz im, że za dwie minuty jestem do ich dyspozycji. A to dla kogo? – spytałam w biegu, patrząc na identyczną kawę jak moja, którą trzymał w drugiej ręce.
-Klient o taką poprosił. A właśnie, znów przyszła kartka od Smith&Ramsey – powiedział na odchodne, przekazując mi małą kopertę. Wzięłam ją do ręki i pospiesznie otworzyłam, odczytując pozdrowienia od kancelarii z LA. Co jakiś czas je wysyłali, adresując do mnie. To bardzo miłe z ich strony i dzięki tak niewinnej korespondencji nasze kancelarie są w dobrych stosunkach. To dzięki nim dostałam pracę tutaj, w najlepszym miejscu w całym Nowym Yorku. Pan Ramsey napisał bardzo pochlebny list motywacyjny i zatwierdził moją skróconą aplikację, która według raportu przebiegła wzorcowo. Byłam mu bardzo wdzięczna, bo nie każdy postąpiłby tak na jego miejscu, a moja sytuacja była… kryzysowa. Musiałam opuścić Los Angeles po tym, jak… zniszczono mi życie. Na szczęście Nowy York mnie nie zawiódł i zawsze mogłam tu wrócić i jak się okazuje- wspinać się po szczeblach kariery. To jedna z niewielu rzeczy, z których byłam dumna. Miałam za sobą dość krótki jak na prawników staż, a mimo to posiadałam już naprawdę dobrą opinię na terenie całego stanu. Dane mi było prowadzić z Veronicą przeróżne sprawy, za które byłam sowicie nagradzana.
Odłożyłam kartkę na stos korespondencji, który każdego dnia był tak samo wysoki. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał punkt południe. W drodze do sali konferencyjnej zdążyłam jedynie odczytać notatki Veronici przyklejone do dokumentów:
·        Reprezentujesz wytwórnię płytową
·        Druga strona złamała kilka punktów umowy podpisanej kilka lat temu (patrz strona 13)
·        Wystarczy, że przeczytasz drugą stronę- tam są wszystkie zarzuty skierowane na nich.
    Powodzenia i wielkie dzięki Alex :)
 Jak zwykle- pomyślałam. Wpadam na ostatnią chwilę i jedyne co mam to kilka notatek koleżanki z pracy. To przypomniało mi dzień, kiedy po raz pierwszy wystąpiłam w postaci adwokata na wokandzie sądowej.

Byłam przygotowana w stu procentach oprócz tego, że po pierwszych dwóch minutach rozprawy została ogłoszona przerwa specjalnie dla mnie. Miałam ze sobą wszystko… tylko nie togę. Zapomniałam wziąć jej z domu! Sąd dał mi kilka minut na stawienie się na powrót w sali sądowej w odpowiednim stroju. Wybiegłam przestraszona na korytarz i jedyne co przyszło mi do głowy to… zwinięcie togi, która leżała na ławce koło pewnego mężczyzny. Obiecałam mu szybki zwrot i wleciałam z powrotem do sali w za dużym ubraniu, co chwilę podwijając rękawy, wyglądając zapewne jak klaun.

Mimo całego zamieszania i tysiąca obowiązków dziennie, uwielbiałam swoją pracę. To, co za sobą niesie i swoje zaangażowanie, które chyba nie mogło być już większe. Kancelaria była moim drugim domem, a praca była jedynym zajęciem w moim życiu. Często odwiedzałam też Jonni i Kaila i od czasu do czasu zostawałam z Joelem, kiedy oni byli zajęci. Ale poza tym na co dzień żyłam życiem swoich klientów z ich problemami. Nie przeszkadzało mi określenie pracoholiczka.

Przeszłam przez mały korytarz, gdzie Edward przytrzymywał dla mnie drzwi. Weszłam dalej, ostatni raz lustrując informacje od Veronici, zawarte w jej notatkach. W środku było kompletnie cicho i do tej pory usłyszałam tylko stukot swoich cieniutkich szpilek. Podeszłam do długiego stołu, nie patrząc nawet na klientów. Wiem, że było to odrobinę niegrzeczne, ale musiałam dokończyć swoją ‘ekspresową lekturę’.
-Dzień dobry – powitał mnie głęboki głos, odrywając od czytania. Podniosłam wzrok, lustrując wysokiego mężczyznę naprzeciwko siebie, lecz nie on przykuł moją uwagę. Po obu jego bokach siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał wyraźnie niebieskie oczy, które po bokach lekko zasłaniały długie, brązowe włosy. Znałam je doskonale  Natomiast mężczyzna po drugiej stronie… wyglądał jak On, ale zupełnie… inny. Zapadnięte oczy, które jakby straciły swój karmelowy kolor. Uwydatnione kości policzkowe, przy których kończyły się dłuższe, ciemne włosy. Obydwaj ubrani byli zupełnie inaczej niż ja czy ich pośrednik- mieli na sobie zwykłe bluzy, które pamiętam  które leżały na nich niedbale. Bałam się zawiesić dłużej wzrok na mężczyźnie po lewej stornie. Bałam się, że to on. Uciekałam wzrokiem zupełnie jak mała, zagubiona dziewczynka. Nie wiedziałam co robić, pomijając to, że wciąż się nie powitałam. Mężczyzna o krótszych włosach nie wykonał żadnego ruchu, jedynie utkwił swój wzrok… we mnie. Nie mogłam dłużej znieść tego ciężaru na sobie, w gardle tkwiła wielka gula, której nie mogłam się pozbyć. Nie zwiastowała nic dobrego. Wreszcie odważyłam się podnieść na Niego wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały i w jednej chwili pękła we mnie połatana w każdym miejscu tama, która wywołała piekące łzy. Po tylu miesiącach, dniach, samotnych minutach, które przepłakałam w pustym mieszkaniu… Po tym, jak uciekłam na drugi koniec kraju, jak całkowicie zerwałam kontakt z tamtym światem, teraz, w zupełnie zwyczajny dzień, w mojej kancelarii pojawia się On.
-Alex – usłyszałam przerwany szept, a następnie dźwięk tłukącego się szkła. Dookoła mężczyzny naprzeciwko mnie rozlała się kawa, która już wiem dlaczego była identyczna jak moja. Lecz on nie spuścił ze mnie swojego wzroku mimo tego, że gorąca ciecz spływała po jego spodniach. Zupełnie, jak łzy po moim policzku. Serce biło mi niewiarygodnie szybko i czułam, że nogi mam jak z waty. To się nie działo naprawdę, to musiał być kolejny koszmar. Los nie mógł drwić ze mnie aż tak. Myślałam, że nic gorszego nie może mnie już spotkać. Byłam pewna, że wycierpiałam odpowiednią dawkę… Zaraz obudzę się zlana potem i znów będę płakać w poduszkę dopóki się nie zmęczę i na powrót zasnę. Czy to czas, kiedy już otwieram oczy?? Chce się obudzić! To nie dzieje się naprawdę…  To nie mógł być On. Ale był. Stał przede mną zupełnie zdezorientowany jak ja. Shannon mój Shannon właśnie on Leto.
*
Nie pamiętam jak dokładnie trafiłam do domu. Wszystko działo się tak szybko. Wiem, że wyszłam z sali, rzucając się biegiem do samochodu. Po drodze modliłam się o jakikolwiek powrót do domu, bylebym tam dotarła. Widoczność skutecznie odbierały mi zamazane od łez oczy. Kiedy wreszcie dojechałam pod swoje mieszkanie, dech odebrał mi płacz. Minęłam się z sąsiadami z bramy, ignorując ich spojrzenia i zapewne dziwne osądy. zaDługo zajęło mi znalezienie kluczy od drzwi a jeszcze dłużej uporanie się z zamkiem.
-Kurwa mać! – wrzasnęłam, chociaż może tak wyglądało to tylko w mojej głowie. W rzeczywistości wydałam z siebie jedynie bezradne westchnięcie. Wreszcie przekroczyłam próg własnego domu, który był dla mnie jedynie miejscem do spania i płaczu lub płaczu podczas snu. Popchnęłam lekko drzwi, zatrzaskując je. Stanęłam przed nimi, zwrócona w stronę pokoju. Upuściłam torbę na ziemię, a przed siebie rzuciłam buty, które z braku moich sił upadły zaraz koło mnie. Nie ruszałam się, nic nie mówiłam, jedyną czynnością jaką wykonywałam był płacz. Stałam bezradnie pośrodku przedpokoju, pozwalając gorzkim łzom obmywać moją twarz. Nienawidziłam życia. Albo raczej było na odwrót.
*
Obudził mnie dźwięk telefonu. Leżąc na kanapie wyciągnęłam rękę zza koca tylko po to, aby kolejny raz go wyłączyć. Tym razem rozbudził mnie na dobre. Powieki miałam lekko sklejone od słonego płynu, o którego ilości w moim organizmie nie miałam nawet pojęcia. Znów owinęłam się szczelnie ciepłym materiałem, odwracając głowę na bok, wpatrując się w szklane drzwi, prowadzące na balkon. Podniosłam się z puchowej kanapy i owinięta kocem przemierzyłam krótki odcinek drogi prowadzącej na ów balkon. Nie był on duży, tak samo jak moje mieszkanie. Była to zwykła kawalerka, położona wśród kilku bloków. Zanim jednak odetchnęłam świeżym powietrzem mocowałam się chwilę z klamką, której nawet nie miałam siły odpowiednio mocno przekręcić. Kolejny raz zapłakałam, szamocząc się z taką głupotą. Musiałam być wykończona, ale nie dziwiłam się temu specjalnie, w końcu od południa nie robiłam nic innego jak płakanie. Wreszcie zdobyłam się na mocniejsze szarpnięcie, które uchyliło przeklęte drzwi. Nagie stopy zetknęły się z zimnymi płytkami, którymi wyłożone było malutkie wnętrze. Oparłam się o barierkę, przytrzymując koc na swoich ramionach. Widok był zwyczajny- po prostu Nowy York. Wszędzie światła i nieustający ruch uliczny. Kolorowe witryny sklepów i wysokie budynki, które kiedyś mnie zachwycały. Teraz? Nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia. Przyzwyczaiłam się do tego, a może zachwyt przeszedł na inne miasto? Miejsce, gdzie masa ludzi spełnia swoje marzenia? Gdzie zaczyna zupełnie inne życie mając nadzieję na lepsze… życie? Nie bojąc się zaryzykować dotychczasowej stabilizacji- tak jak ja? W momencie, kiedy myślałam o tym wszystkim chciałam zaśmiać się z własnej głupoty, ale nie miałam na to siły. Nie miałam siły na nic. Jak to możliwe, że widok jednego człowieka sprawił, że uleciało ze mnie życie? Nie chciało mi się… w zasadzie niczego, oprócz spania. Byłam beznadziejna. Wiedziałam, że ten dzień będzie prześladował mnie do końca życia, bo nigdy nie czułam się tak okropnie. Bólu, jaki wtedy odczuwałam nie dało się porównać do niczego, co wcześniej przeżyłam, a przecież w sercu dalej miałam stratę Rodziców i Annie. Mogłam Mu tylko pogratulować za to, że spieprzył mi życie, skazując na całkowitą samotność.
Naciągałam rękawy starego swetra, przykładając zaciśnięte pięści do ust. Wgryzałam się w nie, chcąc złagodzić ból, jaki czułam. Niespodzianka: gówno pomagało. Naprawdę miałam gdzieś, że już nie odczuwałam tego, że łzy lały się po moich policzkach. Nie miałam powodu, dla którego miałabym je powstrzymywać. Oparłam się plecami o barierki, łkając. Byłam taka żałosna. Znów powróciły czasy, kiedy całymi dniami płakałam? Nie byłam na to gotowa, nigdy nie byłam. Osunęłam się bezsilnie, upadając na zimną posadzkę. Siedziałam tak wsparta jedynie przez lichą barierkę. Krztusiłam się przez łzy i trzęsłam. Tylko na tyle było mnie stać. Minął rok od tego dnia, od tego cholernego balu! Przez ten czas w pewnej mierze zdołałam na nowo ułożyć sobie życie, miałam na myśli pracę, ale to właśnie przez nią definiowałam to wielkie słowo. Bywały nawet momenty, kiedy udawało mi się zapomnieć o cierpieniu, jakie mi zafundował. Za dnia oczywiście, bo wieczorami, kiedy kładłam się samotnie do łóżka za każdym razem zasypiałam otulona tymi cholernym łzami. W zasadzie, to chyba nie było tygodnia, kiedy te przeklęte, słone kropelki by mnie opuściły, od dnia, na który tak czekałam…

Dwanaście miesięcy wcześniej
W tle leciała muzyka, do której średnio wiedziałam, jak tańczyć. Jednak Jared nie miał z tym problemu, co chwile zmieniając partnerki na parkiecie. Dziwiło mnie to, bo przecież nigdy taki nie był, a na pewno ja go takiego nie znałam. Nie należał do typów, którzy dla zabawy podchodzą do przypadkowych kobiet, jednak tamtego dnia nie miał z tym problemu. Może założył się z Shannonem- zaśmiałam się pod nosem, szukając wzrokiem pozostałych z naszego stolika. Dziewczyny stały przy jednym ze stołów z rybami, rozmawiając z nijakim Jamesem Bagnerem, gościem, którego między innymi dzisiaj poznałam. Zaznajomiłam się także z innymi, którzy jak się dowiedziałam od Margo, mają sporo do powiedzenia a Californijskiej adwokaturze. 

Pomimo spełniających się wcześniejszych przesłanek Shannona, bawiłam się doskonale. Dookoła otaczali mnie szanowani ludzie, wszyscy wyglądali pięknie i nawet nie przeszkadzał mi wyścig majątków, w którym zdecydowana większość brała udział. Jedyną rzeczą, jaka mnie irytowała to nie spojrzenia ludzi, kiedy przyszłam z dwoma mężczyznami, lecz pewna kelnerka, która ciągle kręciła się wokół jednego mężczyzny, konkretnie mojego. Leto wyraźnie nie był nią zainteresowany, jednak jej obecność była uciążliwa.
 Shannon gdzieś zniknął, więc postanowiłam, że udam się do toalety. Sprawdziłam swój wygląd, który o dziwo nie przyprawiał mnie o zażenowanie. Kiedy wracałam zobaczyłam przez lekko uchylone drzwi profil swojego narzeczonego, który z kimś rozmawiał. Podeszłam bliżej, chcąc się przywitać, jednak kiedy byłam całkiem niedaleko ujrzałam też sylwetkę owej kelnerki, która zawsze była w naszym pobliżu tamtego wieczoru.
-Jeszcze raz zobaczę Cię przy naszym stoliku… - mówił zdenerwowany. Nie wiedziałam, że aż tak mu to przeszkadzało.
-Nie udawaj, że Cię nie obchodzę, Panie Leto. Wiem, że z chęcią przeleciałbyś mnie na tym zapleczu – ułożyła palec na jego ustach, a następnie przesuwała go po jego szyi i torsie. Zamarłam. Shannon złapał ją za łokieć i lekko potrząsał.
-Zamknij się, oczywiście, że nie. – Nie wiedziałam co robić, to wszystko było takie dziwne.
-A co było na jachcie, skarbie? – posłała mu brudny uśmiech, kiedy w mojej głowie pobrzmiewało pytanie: Co do cholery było na jachcie? Skarbie???
-Zapomnij, to się nigdy nie wydarzyło!
-Oh, wręcz odwrotnie. Do tej pory pamiętam Twoje dłonie na sobie… To, jak łapczywie dotykałeś każdej części mojego ciała, z jaką zawziętością pieściłeś moje piersi, jak nie mogłeś doczekać się, kiedy trzymałam Twoja męskość w rękach i…
-Przestań! Zamknij się, słyszysz? Byłem pijany, całkowicie zalany i samotny. – A więc to co mówiła ta dziewczyna było prawdą??? NIE.
-Doskonale to wykorzystałeś, a teraz się tym zasłaniasz, bardzo sprytnie. Właśnie tak przedstawiłeś to tej swojej panience? Uwierzyła Ci? Kretynka – prychnęła, i gdyby nie szok, który całkowicie mnie sparaliżował, spoliczkowałabym tą blondynę. –Pewnie lubi, jak wielki perkusista pieprzy ją gdziekolwiek chce.
Sama nie wiem, kiedy zaczęłam płakać. Właściwie, to łzy same zaczęły spływać mi po policzkach. Nie wiedziałam co myśleć, co robić, miałam w głowie pustkę. Ale nie tylko tam- zupełnie, jakby pozbawiono moje serce wszystkiego, co znajdowało się tam do tej pory.
Nie wiem kto zdecydował za mnie, możliwe, że moja duma, która leżała pod butem Shannona i tej pieprzonej blondyny od dnia, kiedy robili to na jachcie. Wróciłam szybko do wciąż pustego stolika i zabrałam swoją torebkę. Następnie wyszłam z restauracji, mijając w drzwiach Monicę, którą zignorowałam. Wsiadłam do jednej z taksówek, która stała na parkingu obok. Podałam kierowcy adres mieszkania, który ledwo zrozumiał, poprzez mój łamiący się głos. Podczas całej drogi do domu mój telefon nie przestawał dzwonić, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. W głowie miałam tylko słowa, wypowiedziane przez kelnerkę i to, że Shannon niczemu nie zaprzeczył… niczemu. Po wieczności, którą zajmowały okropne myśli dojechaliśmy pod nasze mieszkanie. Zapłaciłam kierowcy zdecydowanie za dużo, prosząc, aby zaczekał. Chociaż nie miałam na to sił wbiegłam do bramy, a na dworze padał siarczysty, letni deszcz. Wleciałam do mieszkania i zamknęłam drzwi głośnym trzaśnięciem. Po moich policzkach nieprzerwanie płynęły strumienie łez, których nawet nie ocierałam. Nie wierzyłam w to, co właśnie się działo. Podczas balu, na który tak czekałam dowiedziałam się, że mój Shannon… że on… nie potrafiłam wypowiedzieć tego nawet w myślach. zdradził mnie 
Nie wiedziałam co robić, byłam pozbawiona jakichkolwiek myśli, natomiast pełna sprzecznych emocji. Czułam się oszukana i cholernie zraniona, ale z drugiej strony odczuwałam złość i ogromną nienawiść do człowieka, którego wciąż kochałam. Przemierzyłam drewniane schody w biegu, wchodząc do sypialni. Wyciągnęłam swoją walizkę, do której powrzucałam pierwsze lepsze ubrania. Zrzuciłam z siebie tą cholerną sukienkę, którą tak długo wybierałam na specjalną okazję. Czułam się całkowicie upokorzona i w dodatku ośmieszona przez samą siebie- postanowiłam wspaniale wyglądać w dniu, kiedy dowiedziałam się, jak człowiek, którego kocham oszukiwał mnie tyle czasu. Szybko wciągnęłam na siebie stare jeansy i t-shirt, które znalazłam na łóżku. Wciąż nie przestałam płakać, kiedy ciągnęłam za sobą torbę ze swoimi rzeczami. Już miałam opuszczać mieszkanie, kiedy przypomniałam sobie, dlaczego to jest dla mnie takie okrutne. Podeszłam do ceglanej ściany, na której wisiały wszystkie nasze wspólne wspomnienia. Każde zdjęcie wypalało kolejną dziurkę w moim sercu, które po krótkiej chwili przypominało tylko górę popiołu. Nie wiem skąd znalazłam w sobie siłę, kiedy rzuciłam się na tą bezsensowną ścianę. Rękoma zrywałam wszystko, co się na niej znalazło, nie przestając płakać. Podniosłam plik zrzuconych fotografii, przedzierając je na pół. Z każdym swoim ruchem czułam, jakby ktoś wydzierał mi kawałki serca, którego teoretycznie i tak już nie było. Krzyczałam tak głośno, jak tylko potrafiłam, kopiąc ustawione obok szafki. Z jednej z nich spadł szklany wazon, który zranił mnie w dłoń, kiedy próbowałam go odsunąć z podłogi. Wszędzie pojawiła się cholerna krew a ja nie wiedziałam co z tym zrobić. Jedyne, czego chciałam, to opuścić to miejsce pełne palących wspomnień. Złapałam walizkę w zdrową rękę i zbiegłam z nią po schodach. Na dworze dalej padało, i kiedy przez te kilka sekund szłam w stronę taksówki deszcz zaogniał piekącą ranę w dłoni.
-Alex! – obróciłam się nagle i zobaczyłam, jak z drugiej strony parkingu Shannon wybiega ze swojego białego auta. Nie zamknął drzwiczek ani nie zgasił świateł, które nakazywały mi mrużyć oczy. –Alex, co robisz? – podbiegł do mnie, a po chwili był już przemoczony jak ja. Nic nie odpowiedziałam, tylko wpatrywałam się w twarz człowieka, którego jednak nie znałam. Nie wiedziałam dokładnie co do mnie mówił, słyszałam, że jedynie coś krzyczał, ale jego oczy wyrażały wszystko: bezradność i strach.
-Po co Ci ta walizka? Gdzie jedziesz? Wyjeżdżasz? Jezu, Alex wyjaśnij mi! Monica powiedziała mi, że nagle wybiegłaś z balu a wcześniej byłaś w toalecie. Czy Ty… słyszałaś moją rozmowę z tamtą kelnerką? O nie, tak bardzo Cię przepraszam, uwierz, że to wcale nie było tak. Byłem kompletnie pijany, tęskniłem za Tobą i…
-Zostaw mnie – przerwałam swój szloch, zdobywając się na jakiekolwiek słowa. Nie chciałam dłużej go słuchać, nie mogłam. Każde jego zdanie było jak szpilka wbijana w moje… właśnie, co? Serce
Wpychałam walizkę do bagażnika żółtej taksówki, jednak Shannon próbował mnie powstrzymać.
-Alex, Ty krwawisz! Co zrobiłaś, nic Ci nie jest? Jesteś cała umazana krwią, co się stało? Odezwij się do mnie! – szturchał mnie delikatnie, stojąc w deszczu, którego kropelki spływały po idealnie okrojonym garniturze, który kilka godzin wcześniej tak podziwiałam. Wyrwałam się z jego uścisku i zdołałam otworzyć tylne drzwiczki samochodu, kiedy on złapał mnie za rękę.
-Błagam Cię, to nie jest tak. Mogę Ci to wytłumaczyć, zrobię wszystko, tylko zostań. Pamiętasz, kiedyś obiecałaś mi, że nigdy mnie nie zostawisz? Potrzebuję Cię, nie zostawiaj mnie. – Był cholernie bezczelny, ale miał rację, obiecałam mu to:
-O Boże, Alex, jesteś… - powiedział z ulgą w głosie. Podbiegłam do niego, siadając obok na materacu.
-Oczywiście, że tak, byłam tylko na dole – posłałam mu delikatny uśmiech. –Co się stało?
-Nic, tylko sen – powiedział powoli, przecierając twarz dłońmi. Wyglądał na… przestraszonego?
-Co było w tym śnie? – spytałam, patrząc na jego niespokojne spojrzenie. Złapał mnie za ręce i powiedział cicho.
-Czego nie było. Raczej kogo… Ciebie. –Ścisnęłam mocniej jego dłoń, i chociaż na początku pomyślałam, że to tylko głupi koszmar, wyraz jego twarzy mówił zupełnie coś innego. –Chodź tu do mnie – rozłożył swoje ramiona, w które z chęcią się wtuliłam. Jak zawsze szczelnie mnie przytulił i czułam, że nic mi nie grozi.
-Hej, nigdzie się nie wybieram – powiedziałam po chwili, całując miejsce na jego klatce piersiowej.
-Obiecujesz? Nie odejdziesz? – zdziwiły mnie te pytania, zwłaszcza, że Shannon nie wyglądał na bardziej odprężonego niż przed chwilą.
-Skąd Ci to przyszło do głowy? – odchyliłam się powoli, posyłając mu subtelny uśmiech. –Obiecuję – powiedziałam, patrząc mu w oczy i dopiero w tamtym momencie jego napięta twarz nabrała spokojnego wyrazu, a ciało się odprężyło.
-Kocham Cię, Alex – powiedział cicho, całując moje czoło.
-Wiem, a ja kocham Ciebie…
Byłam taka naiwna. Dlatego mnie o to poprosił, bał się, że kiedyś się dowiem. Był kurewsko bezczelny, przypominając mi o tym!
Zauważyłam to po chwili. Była zupełnie inna niż krople deszczu. Ta się różniła, bo była to łza- jego łza.
 –Proszę… - wyszeptał pod koniec. Wszystko to powoli rozdzierało mi serce- to co mówił, to jak wyglądał i to, że po raz pierwszy zobaczyłam go płaczącego. Po chwili, kiedy wpatrywaliśmy się w siebie bezsilnie, pokiwałam głową na boki.
-Alex? – powiedział cicho, a ja miałam dość tego, że w tej sytuacji to ja miałam czuć się winna temu, że go zostawiam, kiedy on zrobił coś takiego.
-Nienawidzę Cię – powiedziałam na tyle głośno, na ile pozwalał mi płacz.
-Nieprawda – wyszeptał. Oczywiście, że wciąż go kochałam. Ale to nie miało już najmniejszego znaczenia. Zatrzasnęłam drzwi i kazałam kierowcy jak najszybciej odjechać, nie ważne w jakim kierunku. Zostawiłam go samego i chociaż starałam się oprzeć nie udało mi się, i obróciłam się spoglądając na parking przez tylną szybę. Stał przy chodniku, cały mokry, chowając twarz w dłoniach. Wciąż płakał.

Nie wiedziałam co robić, gdzie jechać. Wiedziałam, że to nienajlepszy pomysł, ale podałam adres Labu. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy Jared o tym wiedział, chociaż znałam odpowiedź, dlatego znów kazałam kierowcy zaczekać. Weszłam do domu zapłakana, do czego przywykłam tamtego wieczora.
-Alex, jesteś! Wszędzie Cię szukamy. Muszę zadzwonić do Shannona, czy Ty płaczesz? – podszedł do mnie i położył rękę na moim ramieniu, którą od razu odtrąciłam.
-Wiedziałeś? – spytałam cicho, zdobywając się na spojrzenie mu w oczy.
-Alex, ja…
-Pytam, czy o tym wiedziałeś?! – krzyknęłam.
-Tak. – powiedział z rezygnacją w głosie.
-Kto jeszcze? – po cholerę dalej drążyłam. A no tak, chciałam dowiedzieć się, czy wszyscy przyjaciele kłamali mi w oczy każdego cholernego dnia.
-My wszyscy tutaj. To było na urodzinach Shannona, ale wszyscy byli pijani… - nie słuchałam go dłużej. A więc to prawda. Ludzie, którzy byli niemal jedynymi bliskimi osobami okazali się być kłamcami. Jonni- pomyślałam od razu.
-Jonni też? – bałam się tego pytania. Nie wytrzymałabym, gdyby potwierdził.
-Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział szybko, a ja już wiedziałam, gdzie się schowam. –Alex, proszę, porozmawiajmy. Chcieliśmy dla Ciebie jak najlepiej, uwierz.
-Cóż, średnio Wam wyszło. Dziękuję – powiedziałam przez łzy. Wbiegłam po schodach, przypominając coś sobie: Jeszcze raz ścisnęłam dłoń i zamknąwszy oczy rzuciłam mały brelok z kluczami za siebie. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie ich nie zobaczyłam, więc uznałam, że najpewniej wleciały pod którąś z komód. Nie szukałam ich, przecież nie będą mi już potrzebne. Wleciałam do byłej sypialni Shannona i rzuciłam się w poszukiwaniu kluczy.
-Cholerne klucze!!! – krzyczałam, kiedy nie mogłam ich znaleźć. Wreszcie zobaczyłam odbicie się światła i zajrzałam pod komodę, gdzie daleko przy ścianie leżały moje kluczki do mieszkania w Nowym Yorku. Kiedy wychodziłam usłyszałam wołanie Jareda, ale starałam się zignorować ochotę powrotu i wtulenia się w jego ramiona, jakby to miało jakkolwiek pomóc.
-Lotnisko LAX – to już ostatni adres, jaki podałam taksówkarzowi. Ciężko było mi nawet wypowiedzieć tą nazwę, ale nie miałam innego wyjścia. W dzień taki jak ten moje lęki ustąpiły miejsca poczuciu chyba nie potrafię nawet tego nazwać.

Cały czas płakałam, a kiedy po dwóch godzinach spędzonych na lotnisku nadszedł czas na mój lot do Richmond nie wiedziałam, co się ze mną właściwie działo. Nie wiedziałam też czy moje policzki mokre są z powodu Shannona i tak zwanych przyjaciół czy ogromnego strachu- przecież właśnie odlatywałam do Richmond.

Po kilku godzinach, które myślałam że naprawdę nigdy się nie skończą, wylądowaliśmy. Miałam ochotę położyć się na krzesełkach w poczekalni i nigdy się stamtąd nie ruszać. Byłam w mieście gdzie nie miałam miejsca do spania i nikogo, kto mógłby mnie przygarnąć. Jedynie trzy pomniki na cmentarzu, które były dla mnie wszystkim. I to właśnie tam pojechałam.
Nie musiałam nic mówić, po prostu ułożyłam się na trawie przed kamiennymi tabliczkami i leżałam tak, rozmawiając z Nimi w myślach. Wiedziałam, że doskonale mnie rozumieli, prawdopodobnie lepiej niż ja sama. Spędziłam tam kilka godzin w kompletnej ciszy, przerywanej jedynie własnymi szlochami. Chciałam zostać tam na zawsze, ale wiedziałam, że nie mogłam. Dlatego wyciągnęłam telefon i trzęsącymi się rękoma włączyłam go. Czekało mnie ponad trzydzieści nieodebranych połączeń i zapchana skrzynka głosowa, ale ja wybrałam małą, żółtą ikonkę wiadomości.
-Jasna sprawa! A propo jasnych… te szpilki zostawiasz słoneczko, w ramach… przyjmijmy, że będzie to depozyt w ramach powrotu – schowała za plecami jedną z moich ulubionych par, ale miałam jakiś dobry dzień, więc postanowiłam przyjąć naszą małą umowę. I tak nigdy nie wrócę po te buty do Nowego Yorku.
Przed oczami stanął mi obraz Jonni, która wypowiedziała te słowa w przeddzień mojego wyjazdu do LA. Tak więc wybrałam jej numer i ocierając łzy z ekranu telefonu napisałam: ‘Oddaj mi jasne szpilki.’ Po kilku minutach dostałam odpowiedź: ‘Alex co się stało…?’.
 Pożegnałam się z Rodzicami i Babcią i napisałam ostatniego smsa: ‘Będę za jakieś 3 godziny’, zanim wyrzuciłam telefon do kałuży…
 |*|
To chyba mój ulubiony rozdział i jestem z niego dumna. Mam nadzieję, że przynajmniej tym razem więcej osób podzieli się swoim zdaniem ze mną. Macie może jakieś pytania, w końcu to trochę 'przewrotny' rozdział. Piszcie co tylko chcecie! 
dziękuję
martyna